don't hang me out to dry 27.02.2012 :: 17:48 | Link | Komentuj (0) dobrze by było, gdyby płeć była neutralna. nie było by pięści mięśni sukienek panienek. on ona ono, to przecież tak oczywiste. geje i lesbijki nie musiałyby krzyczeć o swoje, a mnie może byłoby z sobą łatwiej. nikogo by nie trzeba było karmić iluzją. nie musielibyście się ustawiać w kwiaciarniach po kwiatki. nie byłoby tych trudnych do zapamiętania, nielogicznych znaczków w ubikacji. ani zwyczaju przepuszczania w drzwiach, który uniemożliwia mi ćwiczenie mięśni kończyny górnej tak dobrze znanych z anatomii. może dzięki temu wszyscy mieliby równe szanse zdążyć na autobus komunikacji miejskiej. 28.01.2012 :: 18:24 | Link | Komentuj (1) chochliki powiedziały, że jak odgadnę hasło, to przyjdzie mój upragniony koniec. bawię się w słowotwórstwo. zapłac(z)ę ile będzie trzeba żeby w ten dzień padał deszcz. albo żeby krasnale lały bez ustanku z koneweczek. albo żeby z wielkiego garnuszka kipiało na głowy mleko.
tylko znawcy kanałów mają szansę uciec przed plagą.
niech tylko uważają na ślady stóp mokrych pozostawiane za sobą.
give me the understanding 26.01.2012 :: 23:03 | Link | Komentuj (1) przestać być. sobą szybko stanowczo zaprzestać. podróżować wgłąb niebytu pustki rozsypanek wyrazowych. posiłkować się iluzją po cichu i z na wpół przymkniętymi oczami. walecznie rzucam tym kamieniem we własne okna. przebrzydłe nocne autobusy obmacują mnie pasażerami z rodzaju ocierających. spać natarczywe melodie wciąż kradną mi spokój. to ja krzyczę ale już cię nie ma. rozdzwoniły się anioły i rozbiły mnie w puzzle. wybaczenie błąd niemożność. jedna minuta tysiące noży. rent me out of being hopeless 23.01.2012 :: 21:07 | Link | Komentuj (0) myśląc o tym, co miłego mi się dziś przytrafiło, zobaczyłam, że dni czasem bywają dobre, ich właścicielka też, tylko rzadko wyprowadza je na spacer. bo trzeba to robić samemu, a odpowiedzialność i samodzielność to dwa trudne słowa i dwie bardzo skomplikowane czynności.
w trakcie tych modłów o optymizm, kroję życie jak jabłko na kawałki i wyrzucam te brzydkie. chyba tego uczą psychologowie i psychiatrzy, jeśli czegokolwiek uczą.
wszystkimi jego pestkami ciskam na odległość, to moja agresja. gdyby natręctwa ojca dało się tak łatwo usunąć, może nigdy by nie wpełzły mi do głowy złe myśli. tymczasem trzeba z nimi żyć i się zaprzyjaźnić - mówi pani U. dla mnie to jak zdjęcie skorupy ślimakowi, tylko że ja przy tym jeszcze myślę i czuję.
zdejmuję skórkę. cieniutko, by nie zabrać mu tożsamości. to mój niepokój. lawirując ostrzem na granicy, pocę się jak zapaśnik i doprowadzam swe serce do granic wytrzymałości. tak, ja, bo gdyby nie samo-nakręcająca się spirala lęku i nienawiści, nie byłabym rozbitkiem.
wycinam sztywne błonki i daję królikowi na pożarcie. to moja labilność. toczę się jak jakaś kuleczka styropianowa, raz w górę, raz w dół. gdyby nie istniał żaden idealny plan na wszystkie kolejne jutra, nie byłoby upadków na schodach do jutra. trzeba się skupić na teraźniejszości, pani Agato, mówi pani U.
i ja to wszystko rozumiem tak dogłębnie, tylko czemu tak trudno... sygnały dymne 20.04.2010 :: 20:37 | Link | Komentuj (0) obdarte z treści i ciepła domowego ogniska próby zatrzymania resztek
dnia. skończone, zadanie wykonane, przeszkodzono - docierają już tylko
wiadomości z centrali. bo wszystko da się przetworzyć, zmienić bieg jak w
samochodzie i zatrzymać tętniącą gdzieś, pustawą zazwyczaj, radość. słoneczną
jajecznicą zaczynasz, nie kończysz dzień. nie przewracaj mi tu skorupy do góry
nogami, pozostawmy odrobinę tradycji pośród tej całej brudnej nowoczesności.
kleję się do zachodzących promyczków, zatrzymując skomplikowany proces choć na
moment. wiem, będę musiała patrzeć na jego kontynuację, mrużąc oczy i w
pośpiechu szykując następny dzień. ktoś potrząsa stale butlą z
nieskończonością. odkręca. zakręca. miesza dokładnie długą łyżką składniki.
czeka aż opadną. potem znowu odkręca i na moment je wypuszcza. zakręca. tak w
kółko, wszystko się powtarza. pełna złudzeń na polepszenie kolejka do życia
rośnie. centrala wydaje rozkazy i elektryczne eklektyczne ekumeny zamieniają
się z anemicznymi anekumenami. świszczy butla z nieskończonością. z kątów
wyławiam ubranka. kroję chleb i odmrażam ciągle zamrażane pokarmy. ciało lekko
skrapiam i pozostawiam na kroplach 100g kurzu i 50g siebie. centrala wypuszcza
garść przeżutego i wydalonego O2. kombinuje przy podwójnych
wiązaniach, ale nieskazitelna chemia poradzi sobie z centralą i z układami
międzyludzkimi także. szaleństwo bezsenności w parne noce wkracza nawet na
salony. centrala rozkazuje szczelnie zakręcić butlę z nieskończonością.zaraz wracam! 30.01.2010 :: 13:08 | Link | Komentuj (1) scenariusz powtarza się od samego początku istnienia. trzeba ustać na
nogach przez dzień cały, dostarczyć odpowiednie ilości przeróżnych elementów do
żołądka, otworzyć klapę swojego laptopa i oświetlić pomieszczenia, kiedy już
zniknie słońce. podczas ulubionego programu w telewizji jak zwykle pojawi się
przerwa na reklamy. wtedy zdrapuje się z policzków nowopowstałą warstwę kurzu.
marionetki czasu wskazują, typowe dla komunikacji miejskiej, opóźnienie na
linii. nocami stąpa się po gładkiej posadzce, a trasę wyznacza łakomstwo
(współczesne polowania na pożywienie zawsze kończą się powodzeniem). trwa
ciągła konkurencja, w której udział biorą nawet koncerny farmaceutyczne
(produkują witaminy w tabletkach, by pozbawić warzywa udziału przy pracy
ludzkich narządów). nagle stop klatka, całkowite nawrócenie społeczeństwa,
budują się kościoły, w szkołach obowiązkowa godzina modlitwy. wszystkie siły
natury koronują człowieka za jego intelekt i tempo życia. w puli nagród
pozostały jeszcze tysiące nowoczesnych chusteczek wielokrotnego użytku i
statuetek, ulepionych przez przedszkolaki z plasteliny. ogłoszą konkurs, w
którym cały kraj coś wygra. polecone listy z nagrodami zostaną nadane w
okienkach pocztowych przeróżnych miast natychmiast, bo wycofano oczekiwanie w
kolejkach. sponsorzy prześlą swoją ofertę, fundacje i organizacje pomocy
otrzymają spóźnione odpowiedzi. rodzice wypłacą swoim dzieciom zaległe
kieszonkowe, bo w przerwie filmu usłyszeli o nowej „ofercie kretynowej 100%”.
nastąpi rozwój wszystkich możliwych dziedzin przemysłu i nauki. wynajdą w ten
sposób idealny sposób na zatrzymanie emigracji. przedmieścia rozbudują się,
pojawią się więc nowi sąsiedzi, pukający do okien w celu pożyczenia samochodu.
powróci liberum veto. zatrudni się specjalnych posłańców, zwanych w środowisku „dobrymi duszkami”,
przyklejających ludziom uśmiech przed świtem. upadnie niestety instytucja
psychologa, jednak więcej szkód reforma nie przewidziała. wszyscy poszkodowani
otrzymają natychmiastowe emerytury, będące pięciokrotnością zarobków ich
rodziców. wychwalać będzie się tak każdego dnia imiona pomysłodawców, aż do
pojawienia się kolejnej czarnej dziury, która to wszystko wchłonie. z pamięci
ludzi wymaże się wszystko, co tylko przeszkadza w idealnej beznadziei. bezradny
kraj ulegnie namowom swych sąsiadów - wsiądzie znów w kolejkę w nieznane, nie
wiedząc, że trasą jest sinusoida. wyląduje on po raz kolejny na samym dole, a po drodze zrozpaczeni mieszkańcy podgryzać będą mu nóżki.
i znów piekielnie drogi czynsz, rozpadające się po jednej zimie buty, budziki
nerwowo dzwoniące przed świtem...pasuję 17.01.2010 :: 14:37 | Link | Komentuj (0) krzywe, skopane przystanki migające w zawrotnym tempie, potrzebny jest
apap - pomyślała głowa na myśl o powrocie do świata chodniczków i stopni. z
tego samego powodu usta, dotychczas żywo się czerwieniące, wyblakły. kończący
się sen zimowy rzuca każdym niedźwiedziem z kąta w kąt, powodując uczucie
rozbicia i chęć zabicia. poczułam się więc przybita do deski krojeniem
pomidorów na plasterki, następne były trzy selery i marchewka. po to, żeby
ładniej, smaczniej, zdrowiej, żeby dorównać wykwintnym smakom z zewnątrz.
aktualnie kolekcja tymczasowych pokoików, mebelków i fotelików (która jak
kredyty „chwilówki” zalała mieszkanie) zaspokajała wszelkie możliwe potrzeby.
jedyne docierające do uszu wiadomości dotyczyły wymierania pandy wielkiej i
zastosowania bambusa jako parkietu na podłogę. zero umiejętności współistnienia
z ludźmi przejawiam. mogę za to przesłać przepis na ekspresowe wyginięcie
ambicji i, jak lokomotywa dysząc, na czterech łapach do drzwi go (w zębach)
przetransportować.give my gun away when it's loaded 12.01.2010 :: 21:35 | Link | Komentuj (2)
styrany, jak pies sponiewierany przez bandę eko-szczurów, wróciłem
(i nie pocałowałem, bo już nawet nie chciałem). sił nie starczy na żadne
wyprawy do świata tvn-u ani wspólne próby upieczenia chleba. jak co noc łykam
samotnie spokój. zasypiam pierwszy - nie czekam aż unikając dotykania moich
pośladków, położysz się obok. jak co noc twoje oczy świecą, a usta płaczą
okruszkami (choć już tego nawet nie widzę). skutek przybędzie przed ósmą w
postaci rytualnego krzyku towarzyszącego porannemu ważeniu woreczka na twoją
duszę. on sam wyprzedzi cię w korkach. ja, jak zawsze spóźniony, popędzę wtedy
w pocie czoła ścinać las. będę budować z niego nasz dom, bo wpajano mi od
dziecka, że trzeba mieć nadzieję. jestem pełną lodówką, w mym brzuchu
przewracają się miliony rąk. tysiące zębów pił mechanicznych rozrywa mnie na
kawałki osiem godzin dziennie przez pięć dni w tygodniu. pozbawiam głów
wszystkie szkodniki, mieszkające w przyszłych ścianach naszej kuchni. wyrywam
chwasty z ziemi już teraz, bo zawsze chciałaś mieć ogródek. walczę o każdą
koniczynkę - może znajdziesz kiedyś wśród nich swoją wymarzoną czterolistną. ty
jesteś niespodziewanym wydatkiem w przedświątecznym szale, nadwerężasz budżet.
sama nie dorzucisz grosika do piwka nieznajomemu. jazda lewą stroną cię interesuje,
choć prawa jazdy nie posiadasz. ale nadzieję trzeba mieć. wierzyć, że jeszcze
choć raz w roku przypomnisz sobie o mnie i pogłaskasz moją głowę, gdy będę o
tym śnił. wierzyć, że choć jednej jeszcze nocy spokojem, który połknę ja będziesz ty.